Boks informacyjny

Zapraszamy do przeglądania nowej strony internetowej!

Gdzie jesteś: Strona główna » Do czytania

Czekając na dziecko...

Staraliśmy się o dziecko sześć lat – i w sposób naturalny, i z pomocą coraz to nowych lekarzy. Ale nie przynosiło to żadnych skutków. Słowo „adopcja” zaczęło w naszych rozmowach padać nieśmiało, ale z dnia na dzień coraz częściej. Decyzja nie była trudna: telefon do ośrodka, pierwsze spotkanie, testy psychologiczne itd. Znacznie trudniej było potem… Nie wiedzieliśmy, że tyle jeszcze nie wiemy - i o adopcji, i o samych sobie. Szkolenia uświadomiły nam, co musimy zmienić w sobie, w swoim życiu, by dziecko mogło się czuć u nas szczęśliwe, bo kochane. I teraz na nie czekamy. Niecierpliwie. Od trzech miesięcy. Czas płynie szybko, ale zarazem dłuży się niemiłosiernie. Nie zastanawiamy się, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka; czy brunet, czy blondyneczka; czy podobny (-na) do nas, czy nie. To nie ma znaczenia, bo będzie dzieckiem NASZYM. I to od chwili, gdy zadzwoni telefon. TEN telefon, najbardziej przez nas oczekiwany. I nie tylko przez nas. Razem z nami czekają przecież nasze rodziny. Równie niecierpliwie. Piotr i Gabriela

 

Skrzyżowanie dróg.

Tego dnia wstałam wcześnie rano, byłam jakaś niespokojna. Miałam mnóstwo spraw do załatwienia i jeszcze ta zadzwonią czy nie zadzwonią. Postanowiłam zadzwonić do ośrodka i porozmawiać z panią Beatą. Nie wiem w jaki sposób ją zapytać czy co coś wiadomo, próbuję ułożyć sobie w głowie jakieś zdanie ,szukam słów. Ucieszyła się na mój telefon i powiedziała - miałam do pani odezwać się. Serce biło mi coraz mocniej. Dowiedziałam się ,ze jest dziewczynka ale ma 10 lat, ma na imię Weronika mieszka w Gorzowie, podobno lubi matematykę i bardzo lubi się modlić. Nie musi pani podejmować zaraz decyzji. Ja podejmuję ją natychmiast. Umówiłam się tego samego dnia chciałam wszystko szybko załatwić, część spraw przekładam na inny termin i oczywiście nie mogłam się nad niczym skupić. O godz13.00 jestem umówiona w ośrodku adopcyjnym .
Odłożyłam słuchawkę, staram się poukładać to sobie jakoś w głowie. Telefon znowu dzwoni a ja wciąż nie mogę znaleźć go w torebce, w której jest wszystko.
Może Andrzej jak On to mu powiem. Może zacznie się coś w końcu układać. Znalazłam nareszcie. To Agatka moja koleżanka z pracy, dzwonie żebyś skontaktowała się z ośrodkiem adopcyjnym.
Co za szczęście ,że to ona odebrała jest jedyną z tych osób które wiedziały. Dzwonię ponownie znowu burza myśli, dlaczego dzwonią przecież umówiłyśmy się ,że będę o 13 może coś się stało.
Nie, to tylko pani Beata miała zły telefon i nie mogła się do mnie dodzwonić.
Jadę do ośrodka . Pani Beata czeka zaprasza mnie do pokoju: cały czas powtarza proszę przemyśleć, a potem zaczyna czytać opis Weroniki. Myślę sobie: czyta o moim dziecku. Co za uczucie. Nie wiem co to znaczy urodzić jaka to radość musi być. Nie ,niestety nie było mi dane tego doświadczyć. Ale poczułam w tym momencie jakby zaczął się mój poród. Zawsze pragnęłam mieć własne dzieci. Kiedy byłam mała dziewczynką, miałam taki obraz rodziny: duża choinka a przy niej gromadka dzieci. Widziałam się zawsze w roli matki.
Radość tak wielka ,szczęście tak ogromne ,że trudno sobie to wyobrazić. Podejmuję szybką decyzję ,ale p. Beata powtarza ale to jest Gorzów Wielkopolski, duża odległość. Myślę sobie: im dalej tym lepiej. Na sugestie p. Beaty, abym to jeszcze przemyślała odpowiedziałam ,że to nie jest sklep z zabawkami i nie chcę przebierać .Wszystkie moje pierwsze decyzje są trafione.

Gdy matka rodzi dziecko, akceptuje je takie jakie jest, z długim nosem, rude blond ,piegowate czy z kłapciatymi uszami . Nie wiem czy moje dziecko będzie super inteligentne czy ostatnie w klasie. Kiedy kolejny raz potwierdziłam, że to moja ostateczna decyzja pani Beata zadzwoniła do Gorzowa Wielkopolskiego. Okazało się wówczas ,że Weronika wkrótce wyjeżdża na wakacje i albo się spotkamy w tym tygodniu, albo dopiero w sierpniu.
Teraz telefon do mojej mamy, mamo nie denerwuj się podjęłam decyzję nie denerwuj się ona ma 10 lat. Mama mówi: nie ma młodszych to nie bank dzieci mamo, zapytała: poradzisz sobie.
Postanowiłam ona zawsze szanuje moje decyzje wspiera mnie i pomaga chociaż często mamy zupełnie różne zdania.
Kolejny telefon do mojego przyjaciela, Andrzej jestem zakwalifikowana mam córkę. Ona ma 10lat. Zapytał : Kasiu nie ma mniejszych dzieci słyszałem ,że najważniejsze jest pierwsze 6lat. Chciałam żeby powiedział coś więcej ale nie powiedział nic. Tylko - Trzymaj się.
Z tego wszystkiego nie powiedziałam nawet jak ma na imię.
Nie odpisał on zawsze w takich sytuacjach tak reaguje.
Jeszcze jeden telefon przed wyjazdem do moje przyjaciółki Eli
- znowu to samo nie ma młodszych dzieci
Jakby się wszyscy zmówili, pamiętaj zapytaj o wszystko ciągle przestrogi.
Byłam wkurzona zła nic im nie powiem super rodzice mądrzy ,piękni inteligentni zginęli w wypadku chyba wszyscy chcą to usłyszeć. Wszystko co wiem o rodzinie mojego dziecka zachowam dla siebie.
Wracam do domu radość wielka jakbym unosiła się w powietrzu. Szczęście , szczęście i jeszcze raz szczęście.
P. psycholog obiecała, że prześle mi dzisiaj zdjęcia. Strasznie jestem ciekawa jak ona wygląda. Otwieram pocztę,patrzę emocje opadają mówię ładna dziewczynka, chociaż chyba mi się nie podoba kogoś mi przypomina, chyba inaczej sobie ją wyobrażałam. Dziwne, wydawało mi ,że coś poczuję. Na tych zdjęciach zwraca moją uwagę chłopiec w okularach.

A wszystko zaczęło się wiele lat temu od artykułu w gazecie wyborczej, kiedy to przeczytałam ,że można zaadoptować dziecko z wadą serca, które już było po kilku operacjach. Pojechałam wówczas do jednego z ośrodków adopcyjnych ale rodzina się już znalazła. Pierwszy raz otarłam się wtedy o ośrodek adopcyjny. Potem po wielu latach powróciłam do tego samego Ośrodka adopcyjnego. Byłam już rozwiedziona. Zabrałam nawet dokumenty, które miałam przygotować ale nie była jeszcze gotowa- to nie był ten czas.
Kiedy podejmowałam tą decyzję czułam, że mam potencjał miłości który mogę komuś dać i podzielić się z kimś tym co mam.
Boże Narodzenie 2010, powiedziałam o mojej decyzji to grono na początku było bardzo ścisłe. Nie chciałam dzielić się z wszystkimi, wiem jak ludzie reagują na adopcję. Było też dużo pochlebnych opinii nawet chyba czasami przesadnych .Ja nie czuję żebym zrobiła coś nadzwyczajnego. Każdy z nas jest egoistą nawet w mały stopniu myśli się też o sobie.
Rozmawiałam o adopcji tylko z moimi najbliższymi przyjaciółmi i rodziną. Rozpoczęłam kurs. To trudny czas trzeba było odkryć się, mówić o sobie swoich uczuciach przed obcymi ludźmi. Przed ludźmi z którymi spotkam się może kiedyś a może nigdy.
Dużo czytałam, wciąż czytam, słuchałam innych moja siostra, która bardzo mnie wspierała podsuwała mi wciąż nowe artykuły, książki dzieliła się moimi przemyśleniami . To była szczęśliwa czwórka ludzi która mnie otaczała Mama, Gosia, Ela i Andrzej ludzi wsparcia. To osoby które mi towarzyszyły przez cały czas adopcji po każdym szkoleniu analizowały, pytały oceniały. mówiły ty sobie Kasiu, Kaśka poradzisz. A wciąż powtarzał będzie trudno, nawet jak mówiłam że wiem wtedy jeszcze nie wiedziałam nie chociaż wtedy wydawało mi się już ze tyle wiem.
Chodziłam pilnie na wszystkie spotkania ale prześladowała mnie jedna myśl jestem sama czy ja mam szansę ,gdy tyle rodzin czeka na dzieci. A z drugiej strony jakby jakaś siła od wewnątrz uda się. Odetchnęłam gdy przeszłam wszystkie testy, opisałam genogram.
To był trudny dzień kiedy o, kiedy opowiada się o swoje rodzinie, przeszłości, życie człowieka to nie jest karta zapisana przez same pozytywne rzeczy, to karta z której czasem chciałoby się coś wymazać.
Nadszedł dzień wyjazdu . Wyjechałam w nocy pełna obaw i niepokoju.
Korek w Świebodzinie, dzwonie jestem umówiona a na 11, spóźnię się , odbiera pani która zaprowadzi mnie do Weroniki. Mówi chłodnym głosem mam tylko czas do 15, proszę się pospieszyć potem jadę do Poznania. Przyjechałam do ośrodka adopcyjnego po wysłuchaniu kolejnego opisu Weroniki pojechałyśmy z p. psycholog do rodzinnego domu dziecka.
Przyjazd do Gorzowa nie wiedziałam , że będzie taki trudny. Niby nie byłam sama tylko pod opieką pani psycholog, która przyszła tam ze mną.
A jednak czułam się taka samotna. Przede mną stanęła gromadka dzieci ,w różnym wieku, między nimi była Weronika. Każde z tych dzieci jakby chciało się zareklamować jakby sprzedać powiedzieć zabierz nas.
Siedziałam i patrzyłam mało mówiłam potem ja, pani psycholog i Weronika poszłyśmy na spacer. Dziewczynka miała spuszczoną głowę mało mówiła a na wszystkie pytania odpowiadała nie. Byłam strasznie zmęczona. Pani psycholog powiedziała do Weroniki weź mamę za rękę to było dziwne uczucie "mama" , chłodna ręka, spocona ze strachu. Czułam jakąś dużą obcość. Niechętnie trzymałam ją za rękę. Była bezbronna. Wydawała mi się jakaś niczyja. Po 1 godzinie zostawiłam nas i powiedziała mama zabierze Cię do MacDonalda i na lody. Zrobiłam jak kazała.
Ale myślałam tylko o jednym, chce ją odprowadzić i zostać sama. Wreszcie 18 mogę ją zaprowadzić co za ulga. Na pożegnanie przytuliłam ją raczej ,że tak trzeba i poszłam. To był koszmar.
Spacerowałam po ulicach Gorzowa i czułam się strasznie źle, dziwnie, miałam upragnione dziecko ,a wcale się nie cieszyłam. Wszystko wtedy wydawało mi się takie brzydkie, w tym mieście.
Najtrudniejsza była rozmowa z Weronika, nie miałam dużo do powiedzenia. Już z niepokojem myślałam o następnym dniu.
To był bardzo trudny dzień.
Umówiłam się z Weroniką na drugi dzień.
Wieczorem poszłam na kolację nic nie zjadłam, głowa mnie bolała.. Miałam tyle wątpliwości, płakałam miałam ochotę uciec, zadzwoniłam do Eli a ona tak surowo i stanowczo Kasia nie możesz się wycofać.
Potem długo rozmawiałam z mamą, pomieszanie zmysłów, wydawało mi się, z powinnam zaadoptować wszystkie te dzieci wzroku ich nie da się opisać nie zapomnę tego do końca życia.
Byłam szczęśliwa , że wyjeżdżam. Powróciły myśli i pytania dlaczego nie urodziłam, dlaczego tak się stało..
Teraz myślę, że zostałam wybrana, tak teraz się czuję.
Druga wizyta była w sierpniu było mi zdecydowanie łatwiej. Tym razem w domu wszystko przemyślałam i zaplanowałam. Poszłyśmy z Weronika do księgarni kupiłyśmy Groszkę i tak zaczęło się nasze wspólne życie. Chodziłyśmy do parku, gdzie siadałyśmy na schodach Weronika czytała i karmiła kaczki bułkami. Czasem trzymała mnie za rękę nic nie mówiła, ale to nie było to już takie sztuczne bez napięcia było mi dobrze. Milczałyśmy po prostu -byłyśmy razem. Tak upływały kolejne dni.
Wtedy naprawdę polubiałam Weronikę. Dni szybko minęły. Wróciłam do domu, dużo o niej myślałam, dzwoniłam czasami ale niezbyt często. Rozmowa z Weroniką nie był łatwa ani dla niej ani dla mnie.
Poprosiłam o czas, który potrzebowałam. Codziennie w myślach przygotowywałam się do preadopcji. Kiedy byłam pewna pojechałam.
23.09.2010 przywiozłam moją córkę do domu. Byłam wtedy taka rozkojarzona przestałam być sama nie umiałam zapytać o różne proste rzeczy zapominałam o zrobieniu na czas kolacji wciąż byłam spóźniona. A Ona mówiła mamo nauczysz się dasz rady. Uczyłyśmy się wszystkiego raz em wspólnie dzień po dni trzymać łyżkę ,nóż itd...
Każdy dzień był inny codziennie nowy problem, który trzeba było rozwiązać.
Czasem wydawało mi się że wydaję tylko polecenia.
Jakbym chciała odlać ją formy.
Każdego dnia uczyłam się być mamą, ona mówiła do mnie a ja reagowałam z opóźnieniem. Na początku byłam strasznie ostrożna.
Za prawie 6 miesięcy nauczyłam się jednego, że im bardziej naturalnie ją traktuję tym lepiej. Przez 2,3 miesiące mówiła do mnie w trzeciej osobie to było takie dziwne takie obce. (niech mama przyniesie , niech mam poda –strasznie mnie to denerwowało) nawet przytulenie było dziwne. W dniu moich urodzin powiedziała do mnie po raz pierwszy mamusiu chyba wtedy poczułam ,że jest mi taka bliska.

Dwanaście dni później rozprawa w Sądzie. Weronika została w domu. bardzo się denerwowała jak pojechałam. wreszcie koniec formalności wołają na sale została pani właśnie mamą, proszę ją dobrze wychować aby nie żałowała pani swojej decyzji. Gratulacje.
Wtedy poczułam jakby poród się zakończył.
Zadzwoniłam do mojego przyjaciela, piszą c jestem mamą wtedy odpisał coś więcej
"..gratulacje a teraz będą radości, kłopoty , problemy po prostu życie. może lepiej wyśpij przed tym nowym życiem.."

Wszystkie słowa były dla mnie takie ważne.23.03.2012 minie 6-miesięcy jak jesteśmy razem, czasem jest ciężko, czasem lepiej , czasem gorzej. Teraz czuję, że jestem naprawdę mamą.

Udało mi się poznać, pokochać Weronikę jakbyśmy zawsze były razem oczywiście dzięki mojej rodzinie przyjaciołom i tym ludziom których poznałam w ciągu ostatniego roku.. To dzięki wam wiem co znaczy być mamą 10-latki.

Dzięki Niej odzyskałam spokój, który straciłam w życiu po drodze.
Złapałam cel.

Teraz jest prawdziwe życie warto było tak długo czekać w tym roku kończę 40 lat a już mi się wydawało ,że uciekło mi macierzyństwo, że nigdy tego nie poczuję. Uśmiech coraz więcej życia w Weronice pokazuje że warto dać szansę. Pamiętam te smutne oczy ,które każdego dnia coraz bardziej są radosne.Jak to mówi moja dziewczynka fajnie jest życie po tej drugiej stronie mamo, a przy Wigilijnym stole dziękuję Ci za to ,że dałaś mi dom. Tak Cię kocham mamo, a kiedy się przytula wciąż się upewnia i wciąż potrzebuje potwierdzenia nie oddasz mnie. Nie mogę skończyć tych rozważań pojechała na targi książki z ciocią Gosią gdy wracały ciocia zapytała pojedziemy na drugi rok a ona na to: jak mnie mama nie odda nie wiem ile czasu musi upłynąć żeby poczuła się bezpieczna, czy w ogóle kiedyś odzyska poczucie bezpieczeństwa …
Katarzyna Gajda

 

Z zapisków Mamy Adopcyjnej Martynki i Weronki:

”Kiedy Martynka i Weronka (bliźnięta – niemowlaki) zjawiły się w naszym domu, wtedy zrozumiałam jak nasz dom był pusty bez nich. Ile tam było było niepotrzebnej przestrzeni i smutnej ciszy.

Kiedy Weronka z Martynką się pojawiły znowu zaczęłam czytać smutne książki, (do których nie mogłam zajrzeć przez całe lata), bo w środku czułam radość.
Jest we mnie akceptacja i zgoda i chyba nigdy nie byłam tak spokojna.
Wszystko wróciło na swoje miejsce i jest tak jak powinno być.
Bywam zmęczona, ale kiedy patrzę na moje śpiące dzieci wszystko mija.
Weronka śpi zrelaksowana a jej powieki jak łupinki orzecha skrywają tajemnicę, a Martynka śpi tak jakby wszystkie sny musiała mieć pod kontrolą i mocno zaciska piąstki.
Nawet śpią inaczej te moje bliźniacze dzieci.
Matki są głupie, rozczula je sen maluchów, płaczą, kiedy o nich myślą.
Dziecko to jest zgoda na świat i zgoda na emocje, na to, żeby znowu otworzyć swoje serce na to, co przyjdzie...

Roentgen w oczach Weronki zaczął mnie niepokoić tak bardzo, że postanowiłam z nią porozmawiać.
Weronko, mówię do niej- to jest twój dom i twoje miejsce, a my jesteśmy twoimi rodzicami.
Zobacz jakiego fajnego tatę ci wybrałam.
To co było, nie wróci, masz to za sobą.
Jesteśmy jedną ekipą, Ty, Martynka, Tata i ja.
Trzymamy się razem i pomagamy sobie.
Maże wyglądam na trzpiotkę, mówię do Weronki, ale jestem odpowiedzialna. Jak kogoś kocham to na całe życie.
Przed nami podróże, choinka, sanki, baseny, mnóstwo bajek do przeczytania.
Przed nami wszystko.
I wiem, że Weronka zrozumiała, bo ścisnęła mnie rączką za palec.
I przestała płakać i zaczęła jeść i zdrowieć a potem zaczęła się śmiać i śpiewać w swoim elfim języku.”